Z motolotnią w Tatrach Słowackich

Z motolotnią w Tatrach Słowackich

Jak poznawać innych motolotniarzy? Jak najszybciej! My tak właśnie zapoznaliśmy się z motolotniarzem ze Słowacji. Ale zacznijmy od początku…

Plan wypadu, a raczej wylotu, do naszych południowych sąsiadów zakwitł mi w głowie gdzieś 2 lata temu. Po wstępnej analizie odłożyłem go do realizacji na „kiedyś”. Później przyszły zawody, szkolenia i wylot był cały czas odkładany. Aż w końcu, w połowie lipca powiedziałem dość – zadzwoniłem do jedynego znanego mi motolotniarza z tych rejonów – dzięki któremu taki pomysł mi się zrodził – „przylatuję w połowię sierpnia”. Plan był bardzo prosty: wysłać bagaże kurierem, a polecieć „na lekko” – tylko z niezbędnym ekwipunkiem dla motolotni na kilka dni, wykorzystując wolne z długiego weekendu. Standardowo plan mogła popsuć pogoda i w sumie to zrobiła, ale o tym za chwilę. Najpierw odskoczmy trochę od tematu i wytłumaczmy, czemu latanie w górach jest trudne i czemu musieliśmy się wybrać w Tatry słowackie, a nie polskie.

Latanie w górach

Z lataniem w górach wiążą się dwie bardzo ważne sprawy. Po pierwsze – pogoda. Każdy, kto chociaż raz był w górach, ten wie, że może ona zmienić się w ciągu 15 minut. Dlaczego górale tak trafnie przewidują pogodę? Bo co nie powiedzą, to się sprawdzi. Powiedzą, że będzie piękne słońce – będzie. Powiedzą, że będzie burza – też będzie. I to wszystko w ciągu 1 godziny. W związku z tym zaplanowanie długiego przelotu jest obarczone wielką ilością znaków zapytania, których lotnictwo nie lubi. Druga sprawa to wiatr, a raczej prądy powietrzne. Bardzo mocno generalizując: w przypadku kiedy wiatr wieje prostopadle do łańcuchów górskich, po stronie nawietrznej pojawiają się prądy wstępujące (wznoszące), a po stronie zawietrznej – zstępujące (duszące). O sile tych drugich miałem się przekonać dość szybko na własnej skórze.

A czemu w Tatry Słowackie? Odpowiedź jest prosta – w Tatrach po polskiej stronie obowiązuje stała strefa zakazu lotów z napędem, do wysokości 11.500ft (3500m). Po stronie słowackiej nie ma takich restrykcji, co prawda są strefy kontrolowane lotniska Poprad-Tatry, ale to nie jest problem.

Dzień 1 – przelot

Standardowo pogoda pokazała swoje możliwości i postanowiła się załamać dokładnie na zaplanowany termin wylotu. Może by się udało po południu, ale decyzja już zapadła – lecę następnego dnia z samego rana. Jak myśli się o jakimś wyjeździe, to podróż na miejsce docelowe i z powrotem jest tylko przeszkodą i koniecznością. W przypadku lotnictwa – jest przyjemnością. I to nawet tak wielką, że czasami sam cel jest mało istotny – ważny jest przelot. W przypadku mojej wyprawy „połamałem” trasę wzbogacając ją o kilka elementów. Zaplanowałem 4 duże lotniska po trasie – Kielce, Pińczów, Kraków-Pobiednik i Nowy Targ. Na dwóch z nich nie będzie problemów z paliwem (Pińczów i Kraków), gdyż stacja benzynowa jest zaraz za płotem lotniska. Wariantów tras było bardzo dużo – w zależności od siły wiatru mogę lądować na każdym z nich lub na żadnym. Wszystko zweryfikuje pogoda nad ranem. Start mocno przed 5 rano, jeszcze według zasad VFR Noc. Pogoda marzenie! Całkowity brak wiatru, przepiękne poranne mgły, wstające słońce – widok jedyny w swoim rodzaju. Pierwszy docinek – do Kielc przez Góry Świętokrzyskie to tylko bajeczne widoki z porannymi mgłami. Całkowity brak wiatru i turbulencji – po prostu masełko, że aż można przysnąć. Na lotnisku w Kielcach podchodzimy tylko do low-pasa, bez lądowania i od razu obieramy kurs na Chęciny. Po drodze przepiękny widok Kielc budzących się z porannej mgły. Nad Chęcinami tylko jedno okrążenie i zmiana kursu na Pińczów. P drodze ponownie poranne mgły – tym razem od malowniczej Nidy. Pińczów na szczęście bez mgieł i można bezpiecznie lądować. W sumie tylko na odpoczynek, bo paliwa bez problemu wystarczy do Krakowa. Po starcie, mgieł już jest znacznie mniej, ale to prawdopodobnie przez krajobraz – teren robi się coraz bardziej pagórkowaty i coraz mniej liczne lasy ustępują miejsca polom uprawnym. Po około 45 minutach już witamy się na radiu z Pobiednikiem i ustalamy warunki lądowania – przed sekundą wystartował samolot ze spadochroniarzami, więc jak mamy lądować to teraz. Szybki, ciasny krąg i po 2 minutach już stoimy pod stacją benzynową. Tankujemy tak, żeby nam wystarczyło do samego końca trasy, ale i tak planuje jeszcze wylądować w Nowym Targu. Po starcie z Krakowa zaczyna się już „właściwa” trasa i konkretne już górki. Dziwne uczucie lecieć powyżej 4000ft i raz być 300m nad szczytem, by za chwilę być prawie 1000m nad doliną. Tutaj poranne mgły cały czas występują i szczelnie wypełniają prawie każdą dolinę. Na szczęście mgła już się podnosi i bez problemu można utrzymywać kontakt wzrokowy z ziemią. Po niespełna 45 min lotu docieramy do Nowego Targu. Na radiu dowiadujemy się, że możemy mieć problem z lądowaniem bo lotnisko jest przykryte mgłą. Ponieważ mam zapas paliwa na dalszą trasę postanawiam zrobić jeden krąg i zdecydować – jeżeli nie będzie widać lotniska to odlatuje dalej. Okazało się, że wcale nie jest tak źle i bez problemu mogliśmy wylądować. Przed nami ostatni odcinek trasy – na południe w kierunku Zakopanego, później omijamy strefę zakazu lotów nad polskimi Tatrami, przez Bukowinę Tatrzańską, Białą Spiską (SK) i prosto do celu – Nowa Wieś Spiska. Po wlocie w strefę lotniska wywołujemy: spiska prevádzka, sierra papa… :D

Poniżej pełna galeria z całości trasy dolotowej.

Dni 1-3

Jeszcze tego samego dnia ponownie wybraliśmy się na „oblot okolicy” tym razem już po rozpakowaniu motolotni z ekwipunku podróżnego i przede wszystkim – na dwie motolotnie z lokalnym pilotem. Chociaż sprzęty mieliśmy różnił się trochę od siebie, to była dla nas czysta przyjemność – latanie z kimś, kto zna okoliczny teren i pokazuje nam wszystko, jest niebagatelną pomocą. Nie chce tu opisywać każdego dnia, po kolei – wydaje mi się, że zdjęcia wyrażą więcej niż opis. Powiem tylko, że lataliśmy bardzo często rano i wieczorem. Lataliśmy zarówno w przestrzeni niekontrolowanej jak i w CTR i TMA Popradu. Lataliśmy zarówno po okolicznych zamkach jak i górach. Można śmiało powiedzieć, że oblataliśmy sporą część północnej Słowacji.

Dzień 5

No dobra, a gdzie dzień 4? Oczywiście pogoda ponownie się ujawniła i nasz odlot musieliśmy przełożyć o 1 dnień później. Powrotna trasa była trochę inna niż dolotowa – tym razem nie lecieliśmy przez Tatry, Nowy Targ i Kraków, tylko obok Pienin do Łososiny Dolnej (Nowy Sącz) i dalej – do Pińczowa. Pierwszy odcinek trasy (przez Góry Lewockie) był najtrudniejszy – niska podstawa chmur i zamglenie dawały parametry graniczne dla VFR. Dodatkowo ciągle wyjąca nawigacja ze swoim „Warning – Terrain Ahead” potrafiła nadwyrężyć nerwy. Po minięciu Pienin pogoda całkowicie inna – cieplej i bez chmur. Lądowanie w Łososinie, odpoczynek i dalej do Pińczowa. Tam tankowanie, aczkolwiek może udałoby się bez, no ale po co ryzykować? I ostatni etap już w znanych okolicach, budzącej się termice, do rodzimego Radomia. Poniżej ujęcia z trasy powrotnej a na samym końcu film w HD.

Epilog

Korzystając, że każdy przewijał w poszukiwaniu filmu chciałbym bardzo gorąco podziękować Willi Roztoka za gościnę w Bukowinie Tatrzańskiej. Jeżeli szukacie noclegu w centrum Bukowiny Tatrzańskiej to Willa Roztoka jest najlepszym wyborem. Gorąco polecam: www.roztoka.pl


2 komentarze

Paweł

23 sierpnia 2018 at 6:54 pm

Niesamowite widoki, piękne ujęcia i super jakość zdjęć :D :D Czekałem na ta relację i jak każda poprzednia jest świetna.
A powrót faktycznie jak w warunkach IFR Wielki SZACUN !!! Pozdrawiam i wysokich lotów

    Konrad

    23 sierpnia 2018 at 7:59 pm

    Bardzo dziękujemy za tak miłe słowa – aż serce rośnie. Co do warunków na powrocie – to aż tak źle nie było, było ciężko, ale nie IFR. Gdyby do tego doszło,to byśmy po prostu zawrócili…

Dodaj komentarz